sobota, 12 stycznia 2013

... a na powitanie, czekolada - gotowałam synowi:)

nie pomyliłam się:) na obiad pizza*, na kolację pizza... jakaś alternatywa? pizza!
"mamo, przecież wiesz, co najchętniej jem po dłuższej nieobecności w domu:)"
kiedyś ulubione były krewetki, od niedawna rozsmakował się w tatarze z łososia, ale tym razem był konsekwentny!
deser - trafiony - czekoladowe "niebo w gębie":)
zrobiłam też dwie niespodzianki - melona z kulkami prosciutto i mozzarelli z paluszkami grissini i cytrynową zupę z wczorajszym czarniakiem**  - pierwszą był zachwycony, a drugą zjadł, ale bez zachwytu... przy pizzy i homar będzie smakował jak kurczak!
jak będę stara, a moje dziecko, z dzieciństwa, wspominać będzie pizzę Jamiego to... już tego nie zmienię;)
here we go!
superczekoladowe ciasto Jamiego - po latach poszukiwań czekoladowej "bomby", ani brownie, ani muffin, ani pudding, ani żaden mus, tylko właśnie to ciasto, zaspokoiło wreszcie moje podniebienie - z gałką waniliowych lodów, znika jeszcze gorące:)
przygotowanie jest bardzo proste, bo wszystko wrzucam do kuchennego robota:)
dla tych, którzy uwierzą słowom i oczom, a nie mają robota, proponuję wręczyć tarkę i tabliczki  czekolady podręcznemu łasuchowi, a blanszowane migdały zastąpić mielonymi:)
w oryginalnym przepisie, Jamie dodaje krówki, ale mój Łasuch, po raz pierwszy, sprzeciwia się Anglikowi!
na 8 porcji potrzebowałam:
200 g gorzkiej czekolady ( 2 tabliczki) - ja używam z Lidla, bo ma odpowiednią zawartość kakao, a powinno być powyżej 70%;
wczoraj dostałam burę za "lokowanie" produktów na blogu, że niby wyświadczam przysługę sieciom! mam to w poważaniu! widziałam na kilku blogach takie wpisy:"kupiłam w tym sklepie na "L" albo na "B"! i nikt się nie domyśla;) mój blog, moja sprawa:) polecam produkty, z których korzystam - a poza tym, Lidl ma mojego "lajka", bo jest pod domem, nie wysysa portfela, ma znakomity wybór warzyw i owoców, no i włoskie czy inne tygodniówki, które zaopatrują spiżarnię na kilka tygodni:) - za rostbef dostał burę ode mnie, więc jest sprawiedliwie;)
ale miało być ciasto:)
175 g masła
120 g miękkiego brązowego cukru (nie trzcinowego)
100 g blanszowanych migdałów (dla tych co robią ręcznie, mielone)
2 łyżki kakao z Lidla:)
4 duże jajka
150 g mąki pszennej
1 i ciut łyżeczki sody oczyszczonej
do podania lody, bita śmietana, owocowy sorbet - co pod ręką, ale samo też jest do pożarcia:)
właśnie zgrzeszyłam porcją! czekoladowy raj na ziemi nie powinien się kończyć, ale po wczorajszym obżarstwie jestem rozsądna:(
jak wspomniałam wcześniej, do kuchennego robota założyłam ostry nóż (Wy też o tym zapominacie? dzisiaj znowu to zrobiłam! wsypałam wszystko i się nie kręci! nóż obok wyostrzył ostrza i zgrzyta zzzzębami - głupia baba!);
dodałam połamaną czekoladę i wszystkie pozostałe składniki, oprócz jajek i mąki, i w pulsujących odstępach, zmieliłam wszystko w drobny mak:) były momenty, że robot się buntował, wtedy dodałam jedno jajko i już się nie bronił; po kolei dodałam 3 jajka, a na końcu mąkę; ciasto przełożyłam do formy (kwadratowej, wysokiej, 22x22) wysmarowanej masłem i posypanej kakao; piekłam 22 minuty w 160 st na środkowym poziomie piekarnika; po tym czasie jeszcze 5 minut zostawiłam w środku i kolejne 5 przy otwartych drzwiczkach;
ciasto w środku jest lepkie, ale na pewno nie surowe:)
dzisiaj podałam z mixem owoców leśnych, lekko podgrzanych (z Lidla:)) i gałką waniliowych lodów (od Pań Grycan)...:)
smacznego:)
*  przepis na pizzę tutaj 
** przepis na melona i cytrynową zupę tutaj

piątek, 11 stycznia 2013

atlantycka ryba! komu, komu, bo idę po następną:) - gotowałam z pasją:)

...i choć "żar" lał się z makaronu, panierka była solidna, jak z betonu, sałatka nutę świeżości wprowadziła, to drugiej porcji nie udźwignę, tyle sobie nałożyłam! i nawet, kiedy winem popiłam... dalej się nie ruszyłam:(
makaron picchiatelli z owocami morza, czarniakiem w selerowej panierce i sałatką z kopru włoskiego - popiłam chilijskim Chardonnay:)
już od samego pisania mam znowu "mdłości", ale apetyt też - to się nazywa żarcie bez odpowiedzialności!
dlatego zamiast od przepisu, zacznę od przestrogi pisanie, kto skusi się na to gotowanie, najpierw w aptece niech zakupy zrobi, bo na pewno nie przestanie jeść w pół drogi...:)
czarniak w panierce
4 filety z czarniaka (kupiłam mrożone w Lidlu - tym razem w paczce była pełnowartościowa ryba) 
średni seler (korzeń)
1 pęczek natki pietruszki
gruboziarnista sól morska
łyżka masła klarowanego do smażenia
jajko 
czarniak to dorszowata ryba;  papugując za Wikipedią, nazwa pochodzi od czarnej barwy wnętrza jamy gębowej - jak to sprowadzić na ziemię? jest tylko jedna "czarna jama", która przychodzi mi do głowy, zakonników w "Imię Róży", którzy tak zachłannie pożerali zakazane księgi, jak ja dzisiejszy obiad:) na szczęścia ja żyję, ale ledwo:(
rzeczona czerń to atrament, który dzisiaj pojawił się w ...makaronie...
to taka włoska fanaberia:) jest w 5 kolorach, a czarnemu właśnie, barwy użyczyła, prawdziwa mątwa, która namieszała też w ostrym, pomidorowym sosie:)
fenkuł - koper włoski
makaron picchiatelli z owocami morza
250 g makaronu
250 g mieszanki owoców morza ( macki i krążki z kalmara indyjskiego, omułki chilijskie, krewetki) od Abramczyka - w końcu dobra mrożonka:)
2 papryczki chili (nie był bardzo ostry, był ostry, z jedną będzie akurat, ale bez papryczek proszę nie gotować!)
1 fenkuł (koper włoski)
seler naciowy
4 ząbki czosnku
seler naciowy
3 szalotki
oliwa z oliwek
2 puszki pomidorów (całych bez skóry)
sól, cukier
skórka z ćwiartki cytryny
natka pietruszki
100 ml wody z gotowania
sałatka z kopru włoskiego
ten sam koper włoski
ten sam seler naciowy
kilka listków świeżej mięty


łyżka odsączonego, młodego, imbiru w zalewie 
octowej ( ze słoika)
1 ogórek zielony
dressing do sałatki
łyżka jasnego, płynnego miodu
150 ml wina, tego, którym popiłam:)
łyżeczka musztardy angielskiej
4 łyżki oliwy z oliwek
łyżka octu winnego, sól
ryby i mieszankę owoców morza odmrażałam w temperaturze pokojowej, od rana;  panierkę do ryby przygotowałam z łyżeczki soli, obranego selera i natki pietruszki, które zmiksowałam w kuchennym robocie;
makaron ugotowałam wbrew instrukcji na opakowaniu, bo 10 minut, a  nie 12! "dojdzie" w sosie; wszystkie warzywa, do sosu i sałatki, przygotowałam jednocześnie, ale zanim zaczęłam kroić, siekać i ciąć, zagotowałam miód z winem, zredukowałam do połowy (płyn powinien mieć konsystencję oleju) i  wystawiłam za okno; 
czosnek pokroiłam na drobną kosteczkę, papryczki na drobne paseczki; do sałatki połówki kopru, na których rosną zielone listki, podobnie z selerem (użyłam 4 łodyg); pozostałe części kopru i selera pokroiłam, też na cieniutkie plasterki, do sosu; szalotki i natkę drobno posiekałam; pomidory zmiksowałam w blenderze z listkami selera i łodygami, z jednego pęczka, natki pietruszki;
mieszankę owoców marynowałam przez pół godziny w skórce otartej z połowy cytryny, łyżeczce posiekanej papryczki, czosnku i dwóch łyżkach oliwy;
w tym czasie, na rozgrzanej oliwie, podsmażyłam składniki na sos, a kiedy zaczęły puszczać soki, zwiększyłam maksymalnie ogień, odparowałam wszystko co płynne i wlałam zmiksowane pomidory; doprawiłam solą i gotowałam do czasu, aż bulgocząc, zapaskudził całą kuchnię!
do miski, w której czekał pokrojony koper i seler, dodałam pokrojony w paseczki imbir, kilka listków świeżej mięty, łyżkę natki i ogórka, którego "ścięłam" wzdłuż, obieraczką do warzyw, nie zaczepiając gniazda nasiennego; do wystudzonej bazy do dressingu, dodałam oliwę, musztardę, ocet winny i odrobinę soli i dokładnie ubiłam; wymieszałam z warzywami i odstawiłam do lodówki za oknem;)
czas na rybę:)
na patelni rozgrzałam łyżkę klarowanego masła; czarniaka moczyłam najpierw w roztrzepanym jajku, a potem mocno przyciskałam do selerowej panierki; smażyłam z każdej strony po, około, 4 minuty, a obok, przez ostatnie dwie, owoce morza, ale na oliwie;
do gorącego, pomidorowego sosu, dodałam makaron i połowę wody z gotowania, a kiedy wszystko było już gorące, wymieszałam z owocami z drugiej patelni;
na talerzu ułożyłam dwa filety, zdecydowanie za dużą porcję makaronu, a osobno podałam sałatkę...  
każdy kęs podkreślało "trafione" wino - całkiem nieźle idzie mi nauka doboru win, jeszcze kilkadziesiąt wpisów i zmienię nazwę bloga na "sommelier-uję komuś";)
głupio tak się ciągle chwalić, ale takim żarciem i piciem trudno się otruć, można się jedynie "dobić"... kolejną porcją:) 
smacznego:)

czwartek, 10 stycznia 2013

chłopska sałatka - jeśli tak, to mam coś z chłopa, bo ją uwielbiam:)

to ostatnie chwile, kiedy mogę gotować dla siebie... Mistrz wraca w sobotę i pewnie zażyczy sobie jakiś domowy fast food - niech zgadnę? czyżby pizzę! będzie pizza i cannelloni i czekoladowe ciasto, tak się stęskniłam:)

a dzisiaj gotowałam oszczędnie, z tego co było w lodówce...
a w lodówce zawsze są jajka, bekon, śmietany (kwaśna z Piątnicy i słodka od Łaciatej), jakiś ser (ja mam, prawie zawsze, starty, od razu po kupieniu, pecorino), wędliny (dobrze mieć salami - najlepsze do zapiekanek) masło, czosnek, słoiczek kaparów, oliwki, musztarda...
reszta to już wypadkowa listy zakupów lub apetytu, bo albo za dużo kupiłam albo za mało zjadłam;)
spiżarnię uzupełniam na bieżąco, warzywniak na bieżąco zjadam, ale czasem zaplącze się jakaś pekinka albo pyry z "wieloma odrostami"...;)
no i tym sposobem dzisiaj wyszła pieczarkowa zupa, z tych co, wczoraj nie były grillowane;
sałatka chłopska, najbardziej popularna latem do grilla; dzisiejsza wersja była pyszną niespodzianką i na stałe wchodzi do menu na tak zwany "lancz";
no i deser, który już czekał od kilku dni w lodówce na właściwy moment... pudding ryżowy z jabłkami... 
zaczynam od sałatki, bo jeszcze żadnej tutaj nie było, a przecież każdy lubi czasami zjeść coś lekkiego... hi hi;)
5 średnich ziemniaków
1 główka kapusty pekińskiej
250 g wędzonego boczku
pęczek szczypiorku
200 g śmietany z Piątnicy (ja tradycyjnie 18%, latem robię z jogurtem naturalnym)
łyżka majonezu
pieprz grubo zmielony
kilka kropel soku z cytryny
pół łyżeczki cukru
sól - opcjonalnie


ziemniaki ugotowałam w "mundurkach" (nie może być odmiana, która się rozpada), ostudziłam i zimne obrałam z łupinek; boczek pokroiłam w cieniutkie paseczki i pod przykrywką dusiłam, tak długo, aż wytopił się nadmiar tłuszczu, który jeszcze się przyda;); z liści kapusty wykroiłam "białe trójkąty" - zielone listki w tej sałatce się nie sprawdzają; 
szczypiorek drobno posiekałam;
sos przygotowałam ze śmietany, majonezu, soku z cytryny, pieprzu i cukru (nie musiałam dodawać soli, bo akurat dzisiaj boczek był barrrdzo słony);
obrane ziemniaki pokroiłam w mniejsze cząstki i podgrzałam na patelni, w której wytapiałam boczek; latem, robię ją, tę sałatkę, z młodych, malutkich, ziemniaczków i mieszam zimne z pozostałymi składnikami; dzisiaj połączyłam z ciepłymi i to był strzał w dychę:) nawet zimny sos nie zepsuł tego eksperymentu; to dobra, prosta, sałatka na zimowe niewiadomoco!
zupa jest jeszcze prostsza, i choć robiłam ją pierwszy raz, to też smakowała udanie:)

1 litr wywaru (to już ostatnia porcja z sobotniego gara)
150 g pieczarek
200 g białej części pora
2 duże ziemniaki
1 świeża papryczka chili bez pestek
2 ząbki czosnku
100 g masła
100 g słodkiej śmietanki
sól i pieprz
szczypiorek do posypania
na maśle zeszkliłam cieniutko pokrojoną papryczkę i czosnek; po chwili dorzuciłam cieniutko pokrojony por i smażyłam tak długo, aż zaczął zmieniać kolor i przywierać do dna; podlałam odrobiną wywaru i po odparowaniu, dołożyłam bardzo cieniutko pokrojone plasterki pieczarek, a po 5 minutach cieniutkie plasterki ziemniaków; po 10 minutach zalałam całość wywarem i gotowałam 10 minut; do miseczki wlałam śmietanę (jeśli nie jest wysokoprocentowa) i zahartowałam ją chochlą gorącej zupy; przelałam już "uodpornioną" do gara i podałam posypaną szczypiorkiem... zawsze z pieczarek gotowałam krem, ale ta zupa to kolejny strzał w dychę:)
może powinnam była zagrać dzisiaj w totka? a nie , tam się strzela w szóstkę;)
jak to zwykle bywa deser jest na deser;)
pudding ryżowy z jabłkami to wymuszona "musem" kombinacja, który przeleżał w lodówce tydzień i nie doczekał się Wiktora... lubi ryż z jabłkami, i to taki mocno docukrzony:)
przepis będzie krótki, bo na mus podałam przy okazji "burej, szarej i ponurej...aury", a ryż, najzwyklejszy na świecie, trzeba gotować w mleku tak długo, aż się rozgotuje; gotowałam na wolnym ogniu i stale dolewając mleka, zajęło mi to jakieś 30 minut; po tym czasie zawinęłam garnuszek w koc i gotowałam dalej zupę i dalej smażyłam boczek...
łyżka masła wymieszana z łyżeczką pasty waniliowej do wysmarowania 4 kokilek
150 g ryżu
100 g mleka skondensowanego
kilka listków mięty
litr mleka (około), najlepiej tłustego;)

nagrzałam piekarnik na 200 st; do kokilek włożyłam do 3/4 wysokości ryż, przykryłam do pełna musem i zapiekłam 15 minut; pudding podałam odwrócony do góry nogami, polałam skondensowanym mlekiem i posypałam listkami mięty....:)
wygląda na to, że trochę dzisiaj eksperymentowałam ze znanymi produktami; nie lubię marnować jedzenia i nie zmarnowałam:)
smacznego:)

"dla mnie był idealny" - stek z rostbefu - gotowałam komuś...

tytułowy cytat jest odpowiedzią na moje utyskiwania!
kawał mięcha, ukryty w efektownym opakowaniu, okazał się, na szczęście tylko w połowie, żylastą imitacją wołowiny:(
nie robię na blogu ani reklamy, antyreklamy, ani jej "krypto" - ale tym razem Lidl wystawił mnie na całego!
za 18 zeta, bez grosza of course, nie mogłam oczekiwać wołowiny hodowanej specjalnie na steki, ale żeby w jednym worku, aż tak różne krowy!
mój obiad był tani, ale nie cały do bani;)

wtorek, 8 stycznia 2013

potrawka z kurczaka - gotowałam z mamą:)

nie miałam pojęcia, że potrawka z kurczaka dla każdego, znaczy coś innego!
kiedy wpisałam w neta "pojęcie" wyskoczyło tyle grafiki, że dostałam oczopląsu!
żadna, jednak, nie przypominała gotowanego kurczaka z ryżem, marchewką, groszkiem i wybornym, jajecznym sosem...
to takie danie z odzysku, bo właściwie podstawą jest aromatyczny rosół drobiowy, który albo zjadamy na niedzielny obiad, albo na drugi dzień z pomidorami i wtedy zwie się pomidorowy krem:)
warzywa z rosołu rzadko przetwarzam, ale z mięsa często robię farsz na pierogi, pasztet albo właśnie potrawkę:)
dzisiaj była potrawka, bo nie ma Wiktora, który z potrawki lubi najbardziej... ryż;)
jadłam i nadal jadam ją na wszystkich wiejskich weselach, prawie zawsze u cioci na imieninach, obowiązkowo na każdej komunii, ale najlepiej zawsze smakuje... u mamy:)
nikt nie potrafi zrobić tak "żółtego" i idealnie zharmonizowanego sosu, bo to on jest bohaterem dania:)
oczywiście nie może się zwarzyć - zepsuć, a nie stracić na wadze;), bo wtedy ma grudkowatą konsystencję i smakuje, jak plaża nad ranem;)
podpatrywałam, podpytywałam, trochę przerobiłam (ale tylko ryż i warzywa) i wyszła moja potrawka z kurczaka z jajecznym sosem  - mamy:)
przepis na 2 porcje
0,5 l wywaru drobiowego
4 ugotowane pałki (bez skóry)
100 g ryżu arborio (albo innego, który się rozgotowuje)
3 żółtka
łyżka mąki pszennej
100 g masła
sok z połówki małej cytryny
pół pęczka natki pietruszki
pół szklanki mrożonego groszku
łyżka sosu teryaki
łyżeczka świeżego imbiru
50 ml śmietany kremówki
sól i cukier do smaku
rosół/wywar do potrawki jest bardzo ważny, jeśli jest aromatyczny i dobrze doprawiony to pół sukcesu w żołądku;)
zazwyczaj w soboty gotuję cały gar - 7 litrowy, bo prąd tańszy, bo muszę koło niego pochodzić, bo wykorzystuję go do gotowania w tygodniu:)
tym razem gotowałam z:
4 ćwiartek kurczaka
1 dużego selera (połówkę wykorzystałam w sobotę do dorsza)
2 dużych marchewek
zielonej części pora
2 dużych korzeni pietruszki
łodyg z pęczka natki pietruszki (listki wykorzystałam do krewetek:))
łodygi mrożonego lubczyku
2 suszonych papryczek chili - tylko wtedy, jeśli rosół ma służyć, jako baza do sosów lub kremów
soli
ziarenek czarnego pieprzu
mięso moczyło się w lodowatej wodzie przez godzinę; wypłukałam je raz jeszcze, zalałam zimną wodą i zagotowałam; zebrałam szum (kiedyś tego nie robiłam, ale mam wrażenie, że im dłużej "gotuję", tym więcej "szumów" zbieram;)) i zmniejszyłam temperaturę na 5; każdy wywar gotuję bez przykrywki, a odparowane płyny uzupełniam przegotowaną wodą z czekającego, w pogotowiu grzewczym, czajnika;); mięso gotowałam godzinę bez soli! po tym czasie dołożyłam wszystkie warzywa, czubatą łyżkę soli morskiej, pieprz, a po zagotowaniu zmniejszyłam znowu na 5 i gotowałam kolejne 2 godziny - nie mieszałam, nie dmuchałam, nie próbowałam, tylko od czasu do czasu dolewam wody! po tym czasie doprawiłam solą, bo było jej zdecydowanie za mało, ale to już kwestia smaku...
ok:) no to teraz przepis na potrawkę, w końcu po to tu przyszłam;)
ryż arborio zalałam zimną wodą, raz opłukałam i zagotowałam w sporej ilości osolonej wody; bulgotał przez 10 minut, a potem znowu hartował się w zimnej, czekając cierpliwie na sitku; 
marchewkę pokroiłam w bardzo równe plasterki i też ugotowałam w osolonej wodzie, ale tutaj dodałam jeszcze tyle samo cukru (co soli oczywiście) - marchewka gotowała się o połowę krócej, musi być chrupiąca, w końcu nie robimy "pi-re";); przed podaniem doprawiłam ją jeszcze cukrem, sosem teryaki i zieloną pietruszką;
groszek, jeszcze zamrożony, odmroziłam na rozgrzanej łyżeczce masła, posoliłam i pocukrzyłam, ale przed samym podaniem;
sos do potrawki
do jednej łyżki roztopionego masła (50 g), dodałam łyżkę mąki i od razu po rozprowadzeniu dodałam 100 ml wywaru, który czekał w drugim pogotowiu grzewczym;) ani masło, ani mąka, ani nic, nie może ani odrobinę zbrązowieć! wywar nie może też być za gorący, bo sos będzie się za szybko "ścinał" i zrobi się ta konsystencja z plaży;) spokojnie, bez nerwów, dolewamy stopniowo, aż dodamy kolejne 300 ml;  równie wolno i równie spokojnie gotujemy, stale mieszając, około 10 minut, aż powstanie taki drobiowy beszamel;)

w osobnej miseczce rozprowadziłam 3 żółtka z 50 ml śmietany kremówki, a chwilę przed podaniem dolałam 100 ml sosu (hartujemy jajka); masie jajecznej nic się nie stało, nadal byłą żółciutka i trzymała się "kupy" - o matko, uchroń mnie przed literówką - taki nomen omen nie dla "inteligentów";) dlatego wlałam ją do garnka i sos jest gotowy:)
przed samym podaniem doprawiłam go sokiem z cytryny i solą - jest naprawdę pyszny:) 
już prawie koniec, ale jeśli ktoś, tak jak ja, gotował w dniu wolnym od pracy, może w ramach przerwy popić lampeczkę...
wracamy do cierpliwego ryżu:) swoją drogą nie zawsze taki jest, choć zawsze kupuję ten sam - może raz zbierają go Chińczycy, a innym... też Chińczycy - no tak, ja nie odróżniam ich, a oni ryżu od plew;))))) a poważnie to nie rozumiem, dlaczego czasami w ogóle się nie klei, a czasami muszę go sklejać siłą... perswazji;)
no to wracając do, tym razem idealnego, ryżu; w garnku, na łyżce masła podsmażyłam łyżkę posiekanej natki i startego imbiru i podlałam wywarem (odrobiną, zbierając przywartą powłokę), dodałam ryż, całość wymieszałam i podgrzałam - ryż będzie pił tyle wywaru ile mu wleję - znam jeszcze kilka osób, które mają podobnie;),dlatego przygotowuję go na samym końcu;
na podgrzanym talerzu, do 3 krążków do wycinania ciastek, wyłożyłam, do różnej wysokości, ryż; potem na jednym kółku ryżowym ułożyłam marchewki, na drugim groszek, a na trzecim, podgrzane w wywarze, pałki kurczaka i dolałam tyle sosu, ile się zmieściło - bez niego nic nie smakuje, tak jak powinno...:)
okazało się, że potrawkę idealnie uzupełnił półsłodki Tokaji Harslevelu 2009, kupiony w samym Budapeszcie rok później:) 
bon etvagyat:)

jaja, ach te jaja... omlety, które nie chcą opaść - gotowałam też dla siebie:)

omlety mogą być słone, słodkie, słodko-słone, ale puszysty może być tylko JEDEN - meine omelette:)))
tak, jestem zarozumiała, ale sposób jest niezawodny, a recept udoskonalony i sprawdzony - dodatki to już kwestia smaku:)

nie będę się bardzo puszyć, bo sama tego nie wymyśliłam:(

podpatrzyłam go (ten sposób, bo omlet był wręcz ortodoksyjny) w pewnej renomowanej, toruńskiej kuchni; 
śmiało stwierdzam, że nie ma we wsi Marysieńki, której opadnie i nie będzie puszysty...:)

w takiej profesjonalnej kuchni, gotuje się na profesjonalnym sprzęcie, ale ja nie dam rady?
zastąpiłam SALAMANDRĘ grzałką piekarnika i proszę jakie cudne "omlecisko", a nawet dwa:)
i to bez mąki, bez proszku, a wyrośnięty jak najpiękniejsza "Lala" - Marysieńka byłaby ze mnie dumna, bo to ona przywlokła z wielkiego zachodu "niezmącone" jaja...:)
wczoraj zrobiłam omlet z dwoma serami: cheddarem, capri i posypałam szczypiorkiem, a dzisiaj z serem gorgonzola dolce (łagodna) i posypałam rodzynkami....


na jedną porcję
3 jaja 
łyżka 18% śmietany (jak zwykle z Piątnicy)
łyżka masła








rozgrzałam grzałkę piekarnika (grill na 3); jajka bardzo dobrze roztrzepałam ze śmietaną (sól opcjonalnie, jeśli dodatki jej nie zawierają) na patelni rozgrzałam masło i wlałam jajeczną masę; po chwili delikatnie podważyłam krawędzie omletu i kiedy widocznie zaczęły się ścinać, ułożyłam dodatki...


70 g sera gorgonzola
łyżka rodzynek
łyżeczka miodu

ser pokroiłam w drobną kostkę; rodzynki zalałam wrzącą wodą, a po 3 minutach odcedziłam i wymieszałam z łyżeczką miodu;

patelnię, prawie każdą można włożyć pod grill; jeśli ma taką rączkę, która może się przypiec, to nie zamykajcie drzwiczek, choć ja i tak nie zamykam:)
włożyłam patelnię na najwyższą półkę i piekłam obydwa omlety około 4 minuty; trzeba je obserwować, kiedy zaczną się rumienić to już czas na ...śniadanie:)
ten wczorajszy posypałam:
50 g sera capri (biały ser typu włoskiego - nie miałam ricotty, z którą też jest pyszny)
50 g sera cheddar (wyraźny, orzechowy smak)
łyżka posiekanego szczypiorku
takie śniadanie to samo zdrowie! spróbujcie raz zjeść na śniadanie same jajka, bez pieczywa, a o następnym posiłku pomyślicie znacznie później:)
jaja trzymają nas dłużej przy życiu, bo to najlepsze białko, jakie stworzyła natura - zabrzmiało patetycznie, ale prawdę i to taką białkową, należy wzmocnić lekką przesadą;) 

poniedziałek, 7 stycznia 2013

zapiekłam vol au vent z moją wersją foie gras i podałam z winnym sosem z suszonymi grzybami - gotowałam po francusku:)

jest kilka powodów, dla których dzisiaj wzniosłam się na wyżyny mojego kucharzenia:)
po pierwsze nie ma Wiktora i mogę "podrasować" smaki trochę mocniej alkoholem...
po drugie ciągle jestem pod wrażeniem uczty Babette...
po trzecie dzisiaj mija miesiąc od pierwszej publikacji na blogu:)
2013 wyświetleń i  39 "polubień" strony do czegoś zobowiązuje:)
szkoda, że nie mogę podać, wszystkim zaglądającym do mnie, tego co dzisiaj przygotowałam - naprawdę osiągnęłam połączenie, za którym już tęsknię, a zwykle, bardzo powściągliwy w pochwałach mąż, powiedział: wyśmienite;)
Francuzi nie cierpią, kiedy ktoś zmienia recepturę dań, przekazywanych z pokolenia na pokolenie, ale co tam, wirtualnie nikt mi łba nie urwie;)
mam swoją wersję foie gras (fła gra - uwielbiam to powtarzać), a nawet kilka wersji na różne okazje i zawsze, jednakowo, popisuję się doskonałą znajomością...wymowy;)
zapieczone vol au vent z foie gras podane z winnym sosem z suszonymi grzybami - będzie dużo masła, dużo wina, wiśniówka, whisky i wybuch - eksplozji smaków:)
a ponieważ wpis jest okolicznościowy, to trochę zmienię formułę, podam kolejno przepis na foie gras, pokażę jak zrobiłam vol au vent (sarkofagi Babette) i skończę pisanie sosem (gotowanie też zawsze kończę sosem), do którego od rana moczyłam, w zimnej wodzie, garść suszonych borowików; użyłam też wykwintnej żurawiny z całymi owocami, wiśniówki, którą kupiłam 2 lata temu w Chorwacji i Chateau Maison Noble z 2008, które w 2010 zostało wyróżnione na konkursie w Macon  w Burgundii - do gotowania użyłam około 200 ml, do picia resztę;)
foie gras
400 g wątróbek kurzych (no teraz to się Francuzi jeżą - prawdziwe foie gras robione jest z wątróbek, specjalnie do tego celu hodowanych, gęsi)
150 g wędzonego boczku (musi być chudy - bardzo dobry jest w Lidlu)
1 średnia cebula
200 ml mleka
50 ml whisky (użyłam 8 - letniej Margot z Lidla)
ok 100 ml wina
ok 100 ml wiśniówki
spora łyżka zimnego masła
spora łyżka masła klarowanego do smażenia
łyżeczka suszonego majeranku
sól
pieprz
wątróbki bardzo dokładnie oczyściłam z błon i zamoczyłam na godzinę w mleku, które "wyciąga" z wątróbki to co gorzkie (ostatnio zapomniałam o tym napisać); na łyżce klarowanego masła wysmażyłam boczek, ale nie na chrupiąco, razem z cebulą, ciągle mieszając i podlewając raz winem, raz wiśniówką; kiedy cebula była miękka, przełożyłam zawartość patelni do kuchennego robota, w którym wcześniej zainstalowałam ostry nóż (plastikowy jest do ucierania ciasta); na tej samej patelni, po 5 minut z każdej strony, usmażyłam wątróbki, posypane roztartym w moździerzu majerankiem; i tym razem podlewałam je raz winem, a raz wiśniówką - chodzi o to, żeby zebrać smak z patelni, do której czasem coś przywiera :) wątróbki i towarzyszące im trunki, przełożyłam do robota; do przestudzonych dolałam whisky, zimne masło i zmieliłam na bardzo drobną masę; "pijany" mus doprawiłam odrobiną soli i świeżo startego pieprzu...
niech mi któryś Francuz powie, że profanuję tradycję;)

vol au vent to babeczki z ciasta francuskiegona tym zdjęciu wyglądają jak nadziewane pieczarki:(
1 opakowanie mrożonego ciasta francuskiego (miałam w zamrażarce 6 prostokątów z Frosty)
mąka do podsypywania
1 jajko do smarowania

prostokąty rozmrażałam na dużej stolnicy; kiedy miały już pokojową temperaturę - skleiłam wszystkie i uformowałam kulę; podsypałam porządnie mąką i rozwałkowałam  ok 0,5 cm, po czym wycięłam kieliszkiem tyle kółek, ile się udało (na oko miały jakieś 7 cm); na jedną babeczkę potrzebowałam 3 kółka; z dwóch, które nałożyłam na siebie, wycięłam mniejsze kółko ( wyrastając muszą przypominać komin); na blacie rozłożyłam kółko bez dziurki, posmarowałam roztrzepanym jajkiem i nałożyłam pierwsze kółko z dziurką, które też posmarowałam jajkiem, no i trzecie kółko bez dziurki, które przycisnęłam całą dłonią do reszty i posmarowałam jajkiem:)
uff... wyszło 11 babeczek, które piekłam w 200 st na środkowym poziomie przez 20 minut;
do wystudzonych babeczek włożyłam po małej łyżeczce żurawiny i dopełniłam musem wątróbkowym...
aha, z wyciętych kółeczek, przez 10 minut piekłam kapturki, którym przykleiłam, na jajko, kuleczkę:)
przykryłam tym maleństwem napełnione vol au vent i zabrałam się za sos...
winny sos z suszonymi grzybami
garść suszonych borowików
100 ml wiśniówki (może mniej)
100 ml wina (może mniej)
100 g wywaru z gotowania grzybów (może mniej)
4 łyżki soku malinowego
łyżka klarowanego masła
łyżka bardzo zimnego masła
gałązka świeżego rozmarynu
ząbek czosnku
sól
pieprz
grzyby (moczyłam 4 godziny w zimnej wodzie) umyłam pod bieżącą wodą i ugotowałam (30 minut) w osolonej wodzie z rozgniecionym z łupinką ząbkiem czosnku; przestudzone pokroiłam na bardzo cieniutkie paseczki; na rozgrzanym, klarowanym maśle usmażyłam gałązkę rozmarynu (po minucie z każdej strony - aromat jest obłędny), przełożyłam ją na talerz i dodałam grzyby, które podsmażałam 5 minut; podgrzałam patelnię, gdzie smażyłam wątróbki z odrobiną wina (tylko tyle, żeby oczyścić dokładnie zawartość) i dodałam to co zebrałam do grzybów; dolałam resztę wiśniówki, wina (już niecałe 100 ml) i wywaru; gotowałam na wolnym ogniu aż odparowała połowa; doprawiłam sokiem malinowym, solą i pieprzem... 
do rozgrzanego, na 220 st z termoobiegiem, piekarnika włożyłam vol au vent i podpiekłam 5 minut;
minutę przed końcem pieczenia, dodałam do sosu zimne masło i ciągle mieszając pozwoliłam mu zgęstnieć:)))
jak podałam widać na zdjęciu:)
jak zjadłam? szczegółów nie opiszę, ale nie była to Francja Elegancja - jadłam wszystkim:)
bon appetit :)
A może wątróbka? Czyli podroby rządzą!

niedziela, 6 stycznia 2013

przepiórki w sarkofagach z nadzieniem fois gras i sosem truflowym - nie gotowałam, znowu podglądałam Babette...

...kiedy pierwszy raz widziałam ten film byłam małą dziewczynką (w 1987 miałam już co prawda 173 cm, ale lat niewiele;); pamiętam doskonale wszystkie sceny z kuchni i od kuchni:)

surowych i szarych klimatów Jutlandii i kontrastującej z tym klimatem kulinarnej sztuki Francuskiej Szefowej Cafe Anglais - Babette Hersant, nie można ominąć szerokim kulinarno-kinowym łukiem! jest to obowiązkowa lektura dla ceniących sztukę  - "poprzez świat pobrzmiewa jeden długi krzyk z serca artysty: dajcie mi szansę postarać się ze wszystkich sił" - to prawda, którą przyswajam jako osobistą:)

Karen Blixen (to ta sama co napisała "Pożegnanie z Afryką" i to właśnie tam nauczyła się gotować, choć znawcy piszą, że robiła niezłe miszmasze europejsko-afrykańskie) w swoim opowiadaniu, a Gabryś Axel w filmie "Uczta Babette" sfotografowali, opisali i wreszcie ożywili XIX wieczną wioskę, jej religijną i zasadniczą do bólu społeczność, zdominowaną przez pastora, rosyjskim blinami Demidoff



zupą żółwiową - no nie wiem czy ta pozycja do mnie przemawia, ale Francuzi mają swoje kulinarne wariacje - aberracje:) jak nie żaby, to żółwie, to inne ślimaki - choć te ostatnie jadłam najlepsze w Chorwacji! 

ale wróćmy do Danii; kiedy podała Cailles en sarcophagi 






(przepiórki nadziewane "fła gra" - gęsia wątróbka z truflami; sarkofagi zrobiła z ciasta francuskiego, poniżej zdjęcie) to za pierwszym razem opadła mi kopara i właściwie została tam do dzisiaj;) 
moje jedyne doświadczenia z takimi malutkimi ptaszkami to rosół z gołębi hodowanych przez dziadka, czy biały sos babci, w którym dusiła ptactwo - od świtu do obiadu "pyrkał" w brytfannie na dużym, chlebowym piecu; ten zapach, smak, spojrzenia dumnego dziadka - delicious memories...



ale przecież ja jestem ciągle w Danii i to dwa wieki temu;)

serwowała też do każdego dania wyborne trunki: szampany, burgundy, sherry, nawet woda była podana w konkretnym momencie uczty, co za kunszt - na tym się w ogóle nie znam, ale się poznam, bo przecież dobrze zapity posiłek staje się lżejszy do zniesienia każdego następnego;)... 

“Przeważnie, przy dobrym posiłku, ludzie z Berlevaag odczuwali po pewnym czasie ociężałość. Ale dzisiaj było inaczej. Biesiadnicy stawali się coraz lżejsi, im dłużej jedli i pili, i coraz lżejsze były ich serca. „

...no i ten generał - jedyny nie objęty zmową milczenia;
taki generał przy stole to skarb:) - raz, że rozpoznawał bez mydła każdy serwowany smak, to jeszcze pięknie opowiadał o tym co jadł, a jak się zachwycał?
i to wszystko podczas jednej kolacji za jedyne 10 000 franków;)

cały film ocieka niespotykanymi dzisiaj wartościami moralnymi, religijnymi i artystycznymi:) 
to też film o wyborach, które się nie bronią, nawet czas ich nie łagodzi...gorąco polecam smakoszom, melomanom, kinomanom i innym ...manom;)

żeby nie było tylko filmowo to na pewno zrobię bliny, już znalazłam przepis, mam też swoje foie gras z wiśniówką - ulubiona przystawka taty:(
w cieście francuskim zrobię ryby ze szpinakiem - przepis inspirowany ucztą u poznańskiej"Babette";)

film można obejrzeć teraz tutaj

dorsze "złapane" i rozjechane... na patelni - nie zawsze jaka ryba, taki obiad - gotowałam i rapowałam:)

goście bawią się ze mną w skojarzenia: ja ryba, oni kapusta! ja seler, oni feler! ja pory, oni spodnie;)
krem z "porów" był, ale się zmył i nie dał się sfotografować! 
Maciej mówił, że był "sztruksowy"  - to chyba znaczy cool, choć jest zachodniojęzyczny i mogłam coś pomieszać ;)
dorsz był i też się... "zbiesił", bo trzeba męża rybaka, żeby ryba była niebylejaka! 
można też mieć przyjaciela co łowi, przyjaciółkę co mrozi, Kasię co "schowi"... można też mieć reala (sklep, nie życie:))...
kiedyś byłam u takiego "mościrybaka" co dorszem "wymiatał"... towarzystwo;)
ja wymiotłam talerz, on wymiótł talerz, oni też go wymietli i nie chodzi o koniugację, tylko aberrację!! nawet "realny" dorsz w takim towarzystwie nie panuje nad sobą - rozpada się, ale pozwala pożreć bez argumentów...:)
drugi raz się chwalę, bo dorsz w orzechowej panierce w towarzystwie warzywnego trio był "realnym" rarytasem...
3 filety z dorsza, bez skóry, bez ości (akurat!) bez żalu;)
pół litra mleka
100 g migdałowych płatków
garść orzechów włoskich
garść orzechów laskowych
pęczek natki pietruszki
1 ugotowany w wywarze (rosole) seler
długi, biały i soczysty por
łyżka majonezu
łyżka soku z cytryny
olej orzechowy do smażenia
olej słonecznikowy do kapusty
pół kilo kiszonej kapusty - ja przetwarzam tylko z P&P (Piotr i Paweł)
pół cebuli
2 łyżki masła
50 ml białego wina - pod ręką był Riesling - dobry był;)
czubata łyżeczka angielskiej musztardy - w tym przypadku nie uznaję kompromisu ani innego substytutu;)
trochę kremówki - śmietany, nie ciastka;)
filety moczyłam godzinę w słonym mleku; orzechy sparzyłam, żeby zdjąć skórkę - w lnianej ściereczce pocierałam jednego o drugiego, orzecha:); potem, na tarasie, dmuchnęłam porządnie w lniane zawiniątko i skórka się "ulotniła":)
orzechy, migdały i listki natki zmieliłam w kuchennym robocie - ale był aromat!
por pokroiłam w cieniutkie paseczki i zalałam wrzątkiem - po co? bo jak ktoś przez niego "beknie", nie będzie na mnie ;)
seler z wywaru pokroiłam  w półksiężyce; 
kapustę drobno posiekałam i pół cebuli też:)
ugotowałam też dwa ziemniaki, bez "pi-re" nie zaliczą mi obiadu, tylko przekąskę - nawyki są gorsze od uzależnień - Wiśniewski twierdzi, że ich suma jest niezmienna, zmienia się tylko jakość;) wiem coś o tym - zamieniłam "fajki" na czekoladę:)a "figurę" na XXL;)
zanim zaczęłam przytulać rybkę do tej cudownej panierki, przygotowałam dodatki;)
kapustę wymieszałam z cebulą (pokrojoną w kosteczkę) łyżeczką cukru, soli i olejem (tyle ile kalorii chcę przemycić:)) - to jest jedna z najlepszych, polskich surówek - nie wiem co na to Włosi czy Hiszpanie, ale ich mdły bakłażan zawsze musi mieć towarzystwo - nasza kapusta, dobrze ukwaszona, sama w sobie jest królową dodatków ( bez niej schabowy nie tworzy spółki cywilnej, jest zwykłym "habem";)

wystudzony por połączyłam z sokiem z cytryny, łyżką majonezu, cukrem i solą - zrobiłam to chwilę przed podaniem, bo inaczej "puści" soki;) pi-re tradycyjnie utłukłam z łyżką 18% Piątnicy (mam ją zawsze w lodówce) i skórką z ćwiartki cytryny; seler smażyłam na maśle w tym samy czasie co filety;
już czas na ten "realny fish" - miały być pstrągi, ale w Toruniu dobre, świeże ryby są mniej dostępne niż Anioły;)
nawet jak się rozpadną to nic - mam to gdzieś i Wy też miejcie - sos i seler przyćmi Pana "Orsza";)
w każdym razie usmażyć go trzeba, choćby uchylał się na maksa; ja zrobiłam mu przykrość na patelni z orzechową, gorącą oliwą:) kilka minut, a i tak się "zbiesił" - cóż, w oko mu seler, a w ogon sos;)
bez niego całe gadanie, pisanie i gotowanie na nic... rozgrzałam łyżkę masła i podsmażyłam kilka sekund łyżkę panierki ( nawet jak na nią teraz patrzę to pachnie tak samo;)), dolałam wino, śmietanę i "wykończyłam musztardą - troszeczkę posoliłam, no normalnie miód w gębie albo inna ryba...:)
na "rozjechanego" dorsza ułożyłam przysmażone na maśle selery i obficie polałam sosem... hmmm, może dzisiaj ten sam obiad?
smacznego gotowania, bo to obowiązkowa pozycja w menu:)

sobota, 5 stycznia 2013

śniadanie Mistrza - koniecznie do łóżka zrobiłam komuś:)

Mistrz wyjeżdża na tydzień:(
mam nadzieję, że górale dorzucą się do domowej "wyżery";)
po dzisiejszym śniadaniu, nie będzie im łatwo, choć taki dobrze podwędzony oscypek w panierowanym jajku z żurawiną, mógłby mi utrzeć nosa;) hmmm... nie muszę podpowiadać, bo przecież  Mistrz po mistrzowsku zje wszystko, podziękuję i poprosi o dokładkę, tak dobrze się wychował:)
a teraz konkrety, Górale nie lubią "pitolenia":) tosty z chałki z waniliowym twarożkiem, serkiem wiedeńskim i truskawkowym syropem "zapite" gorącą czekoladą :) - pewnie do południa nie wstanie z łóżka....:)
1 duża chałka
2 jajka
50 ml mleka
1 łyżka klarowanego masła (zwykłe też może być)
twarożek wiedeński (może być zwykły twaróg)
2 łyżki twarogu (albo gotowy twarożek waniliwoy z Lidla)
1 łyżka fruktozy - Wiktor nie lubi miodu:(
1 łyżka sparzonych wrzątkiem rodzynek
łyżeczka pasty waniliowej
kubek gorącej czekolady

chałkę pokroiłam na centymetrowe kromki; obtoczyłam w jajkach roztrzepanych z mlekiem i smażyłam na średnim ogniu na złoty kolor (na maśle ma się rozumieć - oleje, oliwy i inne tłuszcze zepsują mistrzowską robotę); w tym czasie szybciutko przygotowałam waniliowy twarożek (rodzynki wcześniej sparzyłam, bo powinny być chłodne);
dosłodziłam fruktozą, odrobinkę posoliłam i "siup" na tosta:) 
inna wariacja to plastry wiedeńskiego polane syropem truskawkowym, który robię sama w sezonie - jak będzie jej pora to podam przepis:)
osobiście uważam, że to mistrzowskie połączenie, choć po ostatniej wizycie w Poznaniu, brakowało mi pomarańczowej konfitury;)
pyszne są też bez dodatków:)
sami spróbujcie wygonić Waszych Mistrzów takim śniadaniem z łóżka:)
powodzenia i miłego weekendu, choć jeszcze się zobaczymy;)