Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chutney. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chutney. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 marca 2014

Śniadaniowe fanaberie i ciepła bułeczka z pieczonym indykiem, szpinakiem i cebulowym chutney.

Zdarzyło Wam się wstać skoro świt i bezszelestnie przygotować ciepłe bułeczki? Upiec, dzień wcześniej, filet z indyka, przygotować chutney z cebuli, kupić szpinak baby? Na pewno! Ja uwielbiam zaskakiwaś takimi śniadaniami! A jeśli jeszcze znajdę motywację, w środku tygodnia, to czuję jak wznoszę się ponad toruńskie anioły ;) Dumna, że nie marudzą, chwalę się sama. "Oni" nie mają czasu. W umiarkowanym pośpiechu, w mało elegancki sposób, "pożerają" kolejne porcje ciepłych bułeczek, potem przelotne "dziękujemy" i zaczyna się poranny wyścig z czasem.
Młodszy okupuje większą łazienkę, pakuje plecaki, w biegu wymienia koszulkę na trening, z trudem łapie, podrzuconą przez tatę, butelkę wody, jeszcze powrót po bilet miesięczny, i teraz ja, znowu wkraczam do akcji, tylko w mniej przyjemnej roli. "Gdzie masz sweter, jeszcze za zimno na samą kamizelkę, a gdzie czapka z daszkiem, okulary?" Moja troska wynika z paskudnej fotoalergii. W tym wieku traktowana jest, jednak, jak ingerencja w starannie przygotowaną garderobę ;) Ja uparta, on uparty, na ratunek przychodzi spokojny, zazwyczaj, tata. "Synu, mama ma rację." I nagle, Syn, nie dyskutuje, nie rzuca gromów z pułapu studziewięćdziesięciuparu centymetrów, nie burczy... Rzutem na taśmę pakuje cztery bułeczki z ulubioną konfiturą z mirabelek, cztery z wytrawnym "okładem". Wychodzi. Strzela, nawet, sekundowym buziakiem. Pojednanie. Wszystkie punkty zapalne znikają na dobre, kiedy na pierwszej, szkolnej, przerwie, uśmiecha się pod nosem. "Co, znowu masz wypasione kanapki?", pyta Johny.
Czternasta z minutami. Kilka znajomych, rutynowych dźwięków w zamku. Staje w drzwiach, krzyczy od progu "Bunia jestem", a sekundę później "co na obiad". Tym razem to ja uśmiecham się pod nosem... 
To jeden z pewnych elementów naszej relacji. Ja nigdy nie przestanę gotować, a On nigdy nie przestanie jeść :)

wtorek, 20 sierpnia 2013

borówki w chutney, podstawie kanapki z pieczonym indykiem

Krem pomidorowy z pomidorów z ogrodu taty, różowy pstrąg z orzeszkami pini, torcik malinowy, croque madame z musztardowym beszamelem i bekonem... To tylko niektóre pozycje z kulinarnej listy życzeń, którą miałam przygotować w dzień powrotu z wakacji :)
Stawiałam na nieśmiertelną pizzę, ciasto czekoladowe Jamiego i pistacjowe lody z ptasim mleczkiem... Pomyliłam się, ale to nie oznacza, że mi odpuścił. 
Uznał, że doba jest za krótka, a żołądek za mały, żeby zaspokoić wszystkie kulinarne zachcianki! 
Mimo wszystko przemyciłam do powitalnego menu jeszcze coś od siebie. Borówkowe lody i bagietkę z pieczonym indykiem, podrasowaną borówkowym chutney... 
Dyskretnie i delikatnie sprowadziłam go na polską ziemię, iście amerykańską jagodą ;)