Pokazywanie postów oznaczonych etykietą torty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą torty. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 czerwca 2015

Urodzinowy, wegański, kokosowy, tort lodowy. BLW

Zwykło się mawiać, że nie wiemy, kiedy minął rok. Ja tak nie powiem, bo nie odpuściłam ani jednego dnia, ani jednej godziny, ani jednej minuty... 
Wiktor, kiedy brat był malutki, określił jego "wypełzającą" osobowość jednym słowem, "wdzięczna". Taki właśnie jest Kacper. Odwzajemnia każdy uśmiech, gest, pieszczotę. Wdzięcznie wysuwa rączki, rozdaje całusy, pociera noskiem o policzek. Wtóruje nam przy stole, przy myciu zębów i każdym, mechanicznym urządzeniu. Z precyzją kompasu, wskazującym paluszkiem wyznacza trasę wycieczki, po domu, lesie czy supermarkecie. 
Urodził się bardzo potrzebny. Jego obecność sprawia, że codziennie czuję się młodsza, choć bywam potwornie zmęczona. Widzę już tylko przyszłość, choć zmarszczki wskazują na czterdziestoparoletnią przeszłość. 
I wszystko jest inaczej, ja jestem inna. Podążam za nim, bardzo spontanicznie. Umiem się nim cieszyć.
Wszystkiego najlepszego Synku 

piątek, 16 stycznia 2015

Koncertowy Snickers z arachidowym biszkoptem, podstawa do najlepszego tortu

Marzę o tym, żeby tak dopracować jeden tort, za którym rodzina będzie tęsknić przez cały rok. Jestem na dobrej drodze, choć do ostatecznej wersji jeszcze trochę brakuje. Skupiłam się, głównie, na smaku, zaniedbując dekorację. Klucz wiolinowy pozostanie znakiem firmowym zarówno dla ciasta jak i tortu, bo zgodnie z założeniem pięciolinii, spina wszystkie, genialne, warstwy/nuty;) Zagrały pięknego walca, a nasze kubki smakowy pozwoliły się prowadzić w rytmie czekoladowo arachidowych dżwięków. Zatwierdzone przez smakoszy - testerów ciasto, otwiera eksperymentalny rozdział do tortów biszkoptowych. To, co wyróżnia je spośród innych, znanych mi przepisów na ciasto snickers, to dodatek orzeszków ziemnych do biszkoptu i krem czekoladowy, który jest absolutną poezją smaku i pojawi się, na pewno, w wielu innych deserach. Mogłabym go wyjadać łyżkami, z nikim się nie dzieląc. Podzielę się za to przepisem :)
Zapraszam też na mój profil na fejsbuku. Znajdziecie tam, codziennie, mnóstwo inspiracji na śniadania, koktajle owocowe, łatwe makarony i szybkie sałatki. 

wtorek, 14 października 2014

Tort bezowy z mango i orange curd. Wyjątkowy, bo wyjątkowa okazja.

Jak się ma sześćdziesiąt lat do czterech miesięcy życia? Nijak? A jednak są ze sobą ściśle spokrewnione. Dziadek i wnuczek. Najstarszy i najmłodszy w rodzinie. Jeden i drugi, prawdziwy Wesołek. Są nawet widoczne oznaki podobieństwa. Dostrzegam mądrość, radość, miłość w oczach jednego i drugiego. To właśnie te błyski, blaski i migawki powodują, że sześćdziesiąty jubileusz staje się wspaniałą okazją do świętowania. Nie przemija na przykrej refleksji o schyłku życia. Nowe życie dodaje nowego wigoru i choćby dziadek zapragnął odpocząć w bujanym fotelu, wnuk zmusi go do aktywnego spaceru na Barbarkę. Przyjemny powiew jesiennej aury, promienie, które zaglądają do wózka, rozmowy o bliskiej przyszłości, rytmiczny oddech Malucha... Nawet kalorie z wyjątkowego tortu i pieczonej kaczki były posłuszne i wyścieliły, zazwyczaj obsypane liśćmi, ścieżki. Lekkie, cudownie zbalansowane smaki, towarzyszyły nam tego dnia o każdej porze, nawet jeśli nie na podniebieniu to były przedmiotem dyskusji. Deser był moim prezentem dla taty.
Składniki na tort o średnicy 22 cm:
beza:
6 świeżych białek
130 g drobnego cukru do wypieków
130 g cukru pudru
1 łyżka skrobi ziemniaczanej
1 łyżka octu z jabłek
szczypta soli
płaska łyżeczka kakao
4 łyżeczki startej, gorzkiej czekolady
orange curd:
3 żółtka
3 łyżki cukru pudru
60 g masła
2 pomarańcze, sok i skórka
dodatkowo:
1 dojrzałe mango
200 g śmietany kremówki
250 g mascarpone
Białka ubić mikserem, stopniowo dodając cukier. Masa musi być lśniąca, sztywna i ciężka. Dopiero wtedy dodać ocet, mąkę, kakao i czekoladę. Rozgrzać piekarnik do 180 stopni. Na papierze do pieczenia odrysować dwa okręgi o średnicy 20 cm. Rozłożyć równomiernie masę bezową. Piec przez pierwsze pięć minut w 180 stopniach, potem zmniejszyć temperaturę do 135 stopni przez 90 minut. Nie otwierać, w ogóle, piekarnika i zostawić w nim bezę na całą noc.
Przygotować krem. Pomarańcze wyszorować i dopiero wtedy sparzyć. Obrać skórkę, wycisnąć sok i przełożyć do rondelka. Dodać masło, cukier, żółtka i mieszać, na wolnym ogniu, aż zgęstnieję. Ostudzić i włożyć na noc do lodówki.
Rano zdjąć bezy z papieru. Ułożyć jedną na grzbiecie i lekko spłaszczyć ręką.
Ubić śmietanę na sztywno. Dodać serek, sześć łyżek orange curd (można mniej lub więcej) i dokładnie wymieszać. Odłożyć cztery łyżki do rękawa cukierniczego. Mango obrać ze skóry i ściąć, obieraczką do warzyw, długie paski. Połowę kremu rozsmarować na dolnej bezie, ułożyć prawie wszystkie paski mango (ja układałam zgrabne "kupki") i resztę kremu. Przykryć drugą bezą. Na wierzchu wycisnąć ślimaki z kremu i ozdobić różyczkami z pasków mango.

piątek, 23 maja 2014

MiniPavlova z kremem angielskim i truskawkami.

Uwielbiam takie temperatury. Wszyscy narzekają na upał, a ja wolę pełne słońce niż bure niebo. Chodzę "na ostatnich" nogach i nie wiem, gdzie mam kolana, a gdzie kostki, ale takie już uroki ciężarnej. Temperatura dodaje mi wagi, a ja i tak uśmiecham się, kiedy słońce zagląda przez ramię. Flirtuje ze mną od wczesnych godzin. Nie mogę mu pozwolić na beztroskie harce i zatopić się w jego promieniach, ale raz po raz pozwalam na delikatne muśnięcia, nawet brzucha, na tarasie. Popijam schłodzoną lemoniadę, warzywne smoothie, owocowe koktajle i kombinuję jak tu nic nie robić...
Pierwsze, polskie truskawki sprzyjają leniuchowaniu. Pełna miseczka z miętowym cukrem podjadana przez cały dzień, częściowo ląduje w lekkiej bezie. Angielski krem, od zawsze ulubiony do letniego deseru z owocami, też nie wymaga dużo pracy. I tak o to, prawie nic nie robiąc, przedstawiam Wam zrobioną, perfekcyjnie, MiniPavlovą.

czwartek, 22 maja 2014

Torcik z drożdżowych naleśników z różanym musem z rabarbaru. Na każdą okazję i porę dnia.

Uzależniam się od takich smaków. Przełamany kwas rabarbaru, delikatnym płatkiem róży, o intensywnym aromacie, podkręcony wybornym koniakiem... Cała przyjemność po mojej stronie...

niedziela, 23 marca 2014

Migdałowy tort bezowy z niesłodkim, koniakowo - daktylowym kremem.

Robiłam ten tort już kilka razy, ale dopiero teraz dopracowałam, do perfekcji, krem. W bezowych ciastach i tortach najważniejsze wydają się być same bezy. Rzeczywiście trzeba kilkanaście(dziesiąt) białek zmarnować, żeby osiągnąć zadowalające efekty. Umiejętne rozpoznanie zmiennych nastrojów piekarnika i ubijanie piany w towarzystwie cierpliwości, to z pewnością dwa kroki bliżej sukcesu.
Duża ilość cukru, która między innymi ma wpływ na ten efekt, a którego nie można pominąć ani niczym zastąpić, plus słodkie kremy, powodują, że lekka i chrupiąca beza, staje się ciężkim i obarczonym ciastem. Dlatego moje eksperymenty zaprowadziły mnie w kierunku, lekko słonawego, przełamanego słodkimi daktylami i śmietanką, kremu, który jest idealnym balansem dla tych niezwykle udanych, kruchych blatów. Sama masa, dobrze schłodzona, może też być śniadaniowym dodatkiem do bananowego chlebka, z którym, też, eksperymentuję. Przygotowałam też cytrynowe blaty do ananasowego kremu. Jeśli całość zgra się tak dobrze jak ta opcja, przepis wkrótce pojawi się na blogu.
Dzisiejsze bezy są inspirowane, szczególnie pieczenie, przepisem Doroty. Tort jej autorstwa jest cudownie słodki. Jeśli ktoś ma ochotę pogrążyć się w otchłani rozpusty, to ta wersja jest jak najbardziej dla niego. Moja propozycja jest bardziej deserowa, ale uzurpuje sobie prawo, nie tylko smakiem, do miana DOSTOJNEGO TORTU URODZINOWEGO

niedziela, 9 czerwca 2013

beza się puszy, truskawki, czekoladową czują miętę :)

Robiłam dwie bezy, dwa razy w weekend, dwa razy z waniliowym kremem, ale tylko raz z miętową czekoladą. Ten drugi, z drobno startymi, miętowymi rurkami, był idealną kontrabandą;) Przemyciłam raptem dwie do kremu, dwie do bezy i dwie starłam na wierzch, a rześkie i niespotykane połączenie ożywiło napuszoną bezę;)
Ożywiło ją też zielone otoczenie kamionkowej łąki i gałązka ogrodowej mięty... 
Bohaterem tej "opowieści" będą jednak truskawki. One też ożywiają otoczenie, gdy sezon w pełni.
Mają swoją historię już w Średniowieczu. Symbolizując ideał i sprawiedliwość, zwieńczały kolumny wyniosłych kościołów. Kto by pomyślał? Rosną tak nisko przy ziemi, a tak wysoko zaszły ;)
Ze względu na kształt i kolor były też symbolem Venus, bogini miłości. Uważane za afrodyzjak, do dzisiaj przyrządzane są w zupie dla francuskich nowożeńców. Również Francuzi uważają, że to połówka podarowanej truskawki, zbliża kochanków i prowadzi ich... Gdzie? To już zostawmy kochankom ;) Na pewno wiadomo, że nie wpędzi ich w nadwagę i można się nimi dzielić bez ograniczeń, szczególnie z kobietami! Słodycz w nich ukryta, ma tylko dwadzieścia dziewięć kalorii! 
Car Piotr I zażyczył sobie świeże truskawki w środku rosyjskiej zimy. To właśnie wtedy po raz pierwszy podano je ze śmietaną, w najbardziej popularnej dzisiaj wersji:) Deser nazwany "Truskawki a'la Romanow" nie był przysmakiem dynastii, a kaprysem cara, który wysoko stawiał poprzeczkę kucharzom ;)
 Angielska Królowa do dzisiaj świętuje sukcesy tenisistów, na słynnym korcie w Wimbledonie, truskawką i szampanem:)
Ja też świętuję wyjątkowe chwile, spełniając kulinarne życzenia :) Tym razem miała być beza z truskawkami...

wtorek, 2 kwietnia 2013

tort bezowy - świąteczne wspomnienie...

trochę wymuszony okolicznościami:)
miałam upiec tylko sernik i mazurki, których przepisy "za chwilę", choć sernik, prawie w całości, inspirowany przepisem ze strony White Plate (odsyłam tam niecierpliwych), odkryty na "herbatce" u Kasi, przez wspominaną często "Babette" z Poznania;) 
przesyłam jej uściski, bo albo sama piecze wybornie, albo poleca dobry przepis, albo "motywuje" pierworodnego, który ją z powodzeniem zastępuje :) Kubusiu - jestem pod wrażeniem:)
i jak to zwykle bywa, nieplanowane ciasto, ba tort, stał się królem świąt:)
już od dawna chciałam się z nim zmierzyć, ale zawsze miałam wymówkę... jeszcze nie ma świeżych owoców, co zrobię z żółtkami, nie ma okazji... i nagle znalazły się sprzyjające okoliczności i żadna wymówka nie znalazła usprawiedliwienia, i dobrze, bo naprawdę był grzeszny i w wyglądzie i w smaku...
bezy nie można piec na silikonach, foliach czy wysmarowanych blachach, bo nie odklei się od spodu; mój sposób to papier do pieczenia ułożony na kratce, nie blasze! beza "oddycha" całą sobą i jest idealnie krucha:)

7 białek (zostały po przygotowaniu pate z kurzych wątróbek)
350 g drobnego cukru
2 rurki czekoladowe z miętowym nadzieniem
łyżeczka mąki ziemniaczanej
łyżeczka białego octu balsamicznego
białka ubiłam, prawie, na sztywno (przeczytałam ostatnio, że lepiej zostawić puszystą masę, to wtedy beza nie popęka) dodając stopniowo cukier puder, a na końcu mąkę, ocet i starte rurki;
na pergaminie odrysowałam dwa 20  cm krążki (po przekątnej), tak, żeby pomiędzy został około 5 cm odstęp; piekłam bezę w 150 st (wcześniej piekarnik rozgrzałam do 180), przez 45 minut; po tym czasie zostawiłam ją pół godziny w zamkniętym piekarniku i na kolejne pół w uchylonym; trochę popękała, ale taki jej urok:)

chciałam bezę przełożyć pistacjowym kremem z przepisu Basi Ritz, ale niestety krem się zwarzył i wymusił zmianę decyzji! 
choć straty i moralne i materialne duże, marcepanowy krem, z miętową posypką był niebem w gębie, nawet bez bezy:)

250 g serka mascarpone
200 g śmietany kremówki
10 czekoladowych rurek z miętowym nadzieniem
100 g cukru pudru
100 g zmielonych migdałów 
100 g płatków migdałowych
200 g malin
100 g jagód/borówek (użyłam mrożonych jagód)
serek roztarłam z cukrem i startymi na tarce rurkami; śmietanę ubiłam, tak, że przypominała śnieżne pagórki i delikatnie połączyłam z serkiem; podzieliłam masę na dwie części, do jednej dodałam zmielone migdały, do drugiej płatki; przełożyłam bezę masą ze zmielonymi migdałami, na górną warstwę wyłożyłam krem z płatkami i odstawiłam na godzinę na taras; schłodzony tort zwieńczyłam malinami i jagodami, które wcześniej rozmroziłam i odsączyłam;

wiem, że święta się skończyły, ale taki tort nie może czekać do następnych :)

czwartek, 14 lutego 2013

tort truflowy - czekolada i wieczność - to najlepsza walentynkowa para:)

minęło 1740 lat od czasów, kiedy Walenty, wbrew rozporządzeniu cesarza Klaudiusza II Gockiego (nigdy wcześniej o nim nie słyszałam!) udzielał ślubów zakochanym legionistom! zgodnie z dekretem mości panującego, powinni oni dzierżyć szablę, a nie rękę panny młodej!
Walenty za sprzyjanie prokreacji, został wrzucony do lochów i tam czekał na wyrok; 

zanim jednak stracił głowę na szafocie, stracił serce dla córki strażnika, której miłość skazańca przywróciła wzrok...
list, który napisał do niej Walenty był pierwszym i niestety ostatnim, jaki ujrzała cudownie uzdrowiona ukochana, ponieważ za to ów, wyznanie, cesarz kazał stracić, jeszcze nieświętego, Walentego!!!

to legenda na pewno nie wszystkim znana...
sztuka kochania natomiast, która skłania mnie do takiego początku, to umiejętność, którą posiadają wszyscy i cieszą się nią nie tylko 14 lutego... 
to sztuka, która na pewno ma moc uzdrawiania:)) 
komu udało się dzisiaj uzdrowić jakąś "ślepą" potrzebę?:)
My, Słowianie (chętnie zaliczam się do tej grupy) mamy swoje święto, ludzi kochających i kochanych i obchodzimy je w Noc Kupały, inaczej nazywamy je Sobótką:)
obchodziłam Sobótkę bardzo często nad Lubniewickimi jeziorami i nie raz w Kretowinach, puszczając "wianki";)) 
noc ta, z 21 na 22 czerwca, to staropolski zwyczaj łączenia się w pary:)

dzisiaj łączę w parę czekoladę i pomarańcze:)
sama, nawet w najbardziej niezwykłą noc, nie wymyśliłabym tortu truflowego, dlatego, zaocznie niestety, łączę się w parę z Basią Ritz, której przepis wykorzystałam i której, książkę gorąco polecam:)


biszkopty

7 jajek
szczypta soli
230 g drobnego cukru
70 g mąki pszennej
60 g kakao
50 g mąki ziemniaczanej
80 g gorzkiej czekolady startej na tarce o drobnych oczkach
6 łyżek pomarańczowego likieru - użyłam Coeur du Comte z Lidla, w oryginale jest Grand Marnier - nie na moją kieszeń!!!





krem

400 g gorzkiej czekolady min 50% kakao
125 g masła
50 ml spirytusu
100 ml rumu
skórka otarta z 2 pomarańczy
2 łyżki ekstraktu z wanilii
400 g śmietany kremówki


najwięcej pracy jest przy pieczeniu biszkoptów, bo trzeba ich upiec aż 6! a ponieważ mam tylko jedną tortownicę o takich wymiarach to zajęło mi to 6x8 minut na pieczenie i 6x5 minut na studzenie, czyli razem 1 godzinę i 18 minut! 

nic to, w porównaniu z wiecznością, jaką tort zostawił na podniebieniu;))) 

tortownicę o średnicy 20 cm wyłożyłam pergaminem, a boki wysmarowałam tłuszczem (i tak 6 razy!); mąki wymieszałam z kakao i przesiałam do miski; białka ubiłam z odrobiną soli i do już ubitych dodawałam po łyżce cukier, a kiedy zaczęły lśnić, jak moje oczy w trakcie konsumpcji;), dodawałam po jednym żółtku, nie przerywając ubijania; dodałam przesiane mąki ,czekoladę i delikatnie wymieszałam silikonową szpatułką; piekłam w piekarniku (Masterszefowa zalecała termoobieg i się posłuchałam) rozgrzanym do 190 st.
na każdy krążek przypadło 130 g masy biszkoptowej (byłam precyzyjna i 6 razy ważyłam masę na "wytarowanej" wadze)

masa czekoladowa

czekoladę z masłem stopiłam w misce nad parą, przestudziłam i dodałam wanilię, alkohol i skórkę, a pod koniec delikatnie ubitą śmietanę; masę chłodziłam przez godzinę na balkonie...

biszkoptowe krążki układałam "do góry nogami", żeby likier, którym nasączyłam ciasto lepiej i szybciej się wchłonął; przełożyłam wszystkie krążki masą a wierzch posypałam zmielonymi migdałami:) najlepszy był następnego dnia... 




to porcje, które zniknęły błyskawicznie, ale smak pozostał na zawsze... 
smacznego życia życzę wszystkim życie kochającym:)

niedziela, 13 stycznia 2013

...to ostatnia, taka niedziela... spełniałam życzenia, myśląc o jutrze...- gotowałam cannelloni, torcik bezowy, słodkie tosty z bananem...

od jutra będę gotować tylko w weekendy, choć pewnie z kolacji nikt mnie nie zwolni:)
ale jeszcze jest dzisiaj, a że dzisiaj zamykam pierwszy rozdział blogowania, mam przyjemność powiadomić, że właśnie 4260 gości zawitało w mojej kuchni; udostępniłam komuś 55 przepisów i zebrałam niezliczoną ilość słów, zachęcających mnie do dalszego blogowania:)
nie przestaję w ogóle gotować, ale w dni robocze będę poza kuchnią... wrócę w każdy weekend:)

dzisiaj zacznę od obiecanych, nie tylko Wiktorowi, mięsnych cannelloni z rukolą, potem będzie niedzielny torcik bezowy:), a na koniec przepis na słodkie śniadaniowe tosty, które oczywiście zaczęły dzień:)

Wiktor przepada za makaronami:) i za rukolą:) i za bezami:) i za tostami:) - nadal spełniam życzenia:)

w cannelloni można przemycić różne nadzienie; osobiście uważam, że ta propozycja jest najbardziej... wyraźna;) może dlatego, że na jedno danie składają się aż trzy sosy!


























12 rurek cannelloni
3 garstki rukoli
sól morska 

mięsny sos pomidorowy (przepis tutaj)

sos pomidorowy
puszka pomidorów bez skóry
2 ząbki czosnku
wszystkie listki bazylii z jednego pęczka
łyżka octu winnego
łyżeczka morskiej soli
2 łyżki oliwy z oliwek